Książka opowiada jedną z legend judaszowego srebra. Judasz Iskariota, po zdradzie Chrystusa powiesił się z rozpaczy. Krew płynąca z oczu trupa kapała na kapłańskie srebrniki zabarwiając je na różowy kolor. Kapłani odcięli zdrajcę, a jego srebro wrzucili na powrót do świątynnego skarbca. Tam wymieszało się z resztą srebrników, zabarwiając i je różową poświatą. Łzy zdrajcy zmieniły kapłańskie srebro nadając im złowieszczych właściwości. Obdarowany nim oddawał się bez reszty pod wpływ i władzę darczyńcy. Ludzie tacy występowali wbrew interesom społeczności czy państw, w których żyli. Często trudno nawet było nazwać ich zdrajcami, gdyż sami nie byli świadomi swojej zdrady. Ludzie ci stawali się milczącym psami. Z gębą pełną frazesów o patriotyzmie i miłości do ojczyzny, cicho i konsekwentnie (często bezwiednie) służyli interesom swoich prawdziwych panów.
Wg legendy judaszowe srebro odnaleźli w Jerozolimie uczestnicy wypraw krzyżowych. W ich posiadanie weszli także Krzyżacy. Zawrotne kariery, zdobycze terytorialne Templariuszy w Zachodniej Europie czy Krzyżaków na Wschodzie miały być efektem posługiwania się właśnie różowym srebrem. Z niewielkich bractw zakonnych powstały potężne organizacje, jak w przypadku Krzyżaków zdolne stworzyć własne państwa.
Łysiak pisze o katastrofie okrętu krzyżackiego w okolicy dzisiejszej litewskiej Połągi i zniknięciu srebra zdrajców na kilka wieków. Na scenę historii wraca ono dopiero w osiemnastym wieku. Milczącymi psami stają się wtedy polscy i litewscy magnaci, a także biskupi i księża katoliccy, którzy piejąc o pracy na chwałę Serenissima Rzeczpospolitej ostatecznie oddali jej ziemie w ręce zaborców.
Tak pamiętam tę książkę z mej wczesnej młodości. Dzieło poznaje się po jego ponadczasowości i takie są właśnie Łysiakowe „Milczące psy”.
Trudno oczywiście uwierzyć w realność judaszowego srebra, zresztą podobnie jak trudno uwierzyć w historyczność samego Judasza. Milczące psy są jednak rzeczywistością. Polska magnateria czy katoliccy purpuraci, w patriotycznym uniesieniu podpisujący konfederację targowicką przeciwko własnemu państwu to fakt. Wielu z nich faktycznie brało moskiewskie srebro. Wieku z nich było jednak zwykłymi głupcami (z perspektywy historycznej tak właśnie można ich określić), oczadziałymi próżnością i pychą do tego stopnia, że nie uświadamiali sobie właściwe komu i jakiej sprawie służą.
Dzisiejsi tzw. prawicowi politycy lubią dzielić Polaków na „prawdziwych patriotów” i „gorszy sort” oraz posługiwać się przykładem targowickiej zdrady. Jedną z uniwersalnych, ludzkich mądrości, powtarzaną przez starożytnych, chrześcijańskich i współczesnych filozofów jest jednak konieczność patrzenia na finał wszystkich przedsięwzięć.
W końcówce lat 90-tych ubiegłego stulecia Polsce udało się uciec najpierw spod wpływu Związku sowieckiego a potem Rosji. Dzięki własnemu uporowi Polacy weszli w kulturę i wpływ tzw. Wolnego Świata. Rosji trudno się z tym pogodzić. Ludzie, którzy pamiętają władzę Rosji sięgającą na Zachodzie rzeki Łaby, dziś nie są jeszcze nawet starcami. Trudno pogodzić się im z sytuacją geopolityczną, w której Rosja ostatni raz była za cara Iwana Groźnego czy też po upadku Imperium Romanowych i Rewolucji październikowej. Dziś kolejna rosyjska Wielka Smuta minęła i już rozpoczęto tam ponowne „zbieranie ziem ruskich”. W umysłach wielu Rosjan, jak wiadomo „kurica nie ptica a Polsza nie zagranica. Pierwszym i podstawowym zadaniem jest „wyciągnięcie” Polski czy też innych „słowiańskich dysydentów” z zachodnich struktur politycznych i wojskowych. Zbrojny konflikt nie wchodzi w grę, muszą zatem zrobić to sami Polacy. Judaszowe srebro, gdyby istniało, byłoby idealnym rozwiązaniem. Zamiast niego wystarczy jednak ta pseudosarmacka, pańska, próżność i pycha, zrodzona z wykoślawionego poczucia mesjanizmu i wiecznego kompleksu wobec Zachodu, którą w Polakach tak łatwo rozniecić.
I tak też właśnie się dzieje. Po czterdziestu latach od zapaści lat osiemdziesiątych dowiadujemy się o niesamowitym polskim cudzie gospodarczym. Cud ten uprawnia nas do wstania z wyimaginowanych kolan i zajęcia właściwego nam miejsca w Europie czy Świecie. Tylko że Prusy czy Rosja z europejskich pariasów w światowe mocarstwa zmieniały się ponad 200 lat. Nam wmawia się, że osiągnęliśmy to w lat czterdzieści.
Wstawanie z kolan czy uzyskiwanie właściwej i przynależnej nam pozycji w Europie to nic innego jak tylko rozluźnienie więzi z Europą zachodni – patrz w głąb rzeczy.
Polska nie leży na wyspach, nie ma broni nuklearnej, nie ma swojego funta ani Commonwealth. Ma za to „swój” Trybunał konstytucyjny pełen prawdziwych patriotów, którzy jak kiedyś milczące psy, głoszą chwałę Wielkiej Polsce, a jednocześnie wpychają ją z powrotem na dawną orbitę wschodnich, rosyjskich wpływów.
Solon ze świętych Aten kazał „patrzeć na koniec”. Tę sentencję dla mądrych wyryto w kamieniu delfickiej świątyni. Głupcy nigdy jednak nie patrzą dalej niż ponad głowy ciżby, która ich oklaskuje (na twitterze) .
Kliknij na gwiazdkę aby ocenić artykuł
Wyniki 3.6 / 5. Ilość głosów: 26
Brak ocen. Bądź pierwszy!